Warning: Invalid argument supplied for foreach() in /data/www/system/linker.php on line 286
|
|
|
|
Domek letniskowy Unieście od plazy 700m
Domek letniskowy Unieście Pecura Oferta nocleg 3 osobowy.
Cena 95 os. Obiekt: restauracje, solarium, łóżko 2 osobowe, parawan, kuchenka gazowa, obiady i kolacje, do plazy 1400m. Domek letniskowy Pecura - 702505668 Unieście ul.Sikorskiego 40 Tematyka:
| ||
|
|
||
|
Odpdza pokus snu, podobnie jak miertelnie znuony wdrowiec przeamuje senno w obliczu niebezpieczestwa. C z tego, e ciao omdlewa ze zmczenia, gowa ciy, a powieki same bezsilnie opadaj? Trzeba wiedzie, kiedy mona, kiedy wolno spa. Pozornie tak atwo jest wymkn si nieprzyjacielowi. Zdawaoby si: mona go zwie, zmyli lad. Pomidzy wieczorem a najbliszym rankiem jaki rozlegy ley czas! Kady krok u pocztku wyznacza inn drog. Tysic cieek biegnie w gb nocy, nikncych, gdy wit zedrze ciemnoci. Ale na kadej wrg jest przy nas, cierpliwie, krok za krokiem dc po naszym tropie. Spojrze mu prosto w oczy, nie zadre, nie ugi si przed jego zdobywcz si, to jedno moe ocali. Ale jak wydrze z siebie zo, ktre w nas czai si zawsze wyczekujce, zawsze gotowe do skoku? Jak pochwyci wroga, ktry jest w naszej krwi i w naszych mylach? Ksidz Sieche klcza, skrzyowane ramiona wsparszy o niski stoek. Pochyli gow. Mia wraenie, jakby mu barki ogromny ciar przygnit. Gdy zapada noc taka, jak dzisiaj, bez granic, wydaje si, e zo caego wiata cieka w serce czuwajcego. Dokoa, na bezmiernych obszarach, w niskich chatach wiejskich i dalej, w ludowych kamienicach uciszonych miast pi ludzie zmordowani dniem. Bezbronny tum. atwa zdobycz. Kt pi snem sprawiedliwego? Donie, ktre jeszcze przed chwil chciwie sigay po rozpust i zysk, dygoc teraz niespokojnie, jak pomie przygnieciony popioem. Nagie ciaa dysz gorczkowo. Zwarte usta skryy kamstwa i kuszce podszepty, powieki zamkny popenione i przysze zbrodnie. Gdzie s mury mierzone trzcin zot? Wiatr szarpn otwartym oknem. Okiennica uderzya o szyb. Chlusn deszcz. Ale proboszcz nie poruszy si. Jego oczy szeroko rozwarte zdaway si przebija ciemno. Dr j a do przepastnego dna. Zwyciaj przestrze. Czas stan. I przez sekund, ktra trwa wieki, wydaje si klczcemu, e widzi wszystko, co dzieje si na wiecie a po jego najodleglejsze krace. Straszliwa chwila. To jest tak, jakby jaka zasona spada rozcita nagle niewidzialn rk, ukazujc gron wizj. Oto ziemia niezmiernie ogromna, a jednoczenie tak drobna, i mona j ramieniem opasa, ley nieruchoma, cita cisz: bezkresna, ruda pustynia, obszary zjeone czarnymi kamieniami, zastyge wody, lasy skamieniae, miasta puste jak szkielety, a nad tym nieskoczonym cmentarzyskiem niebo niskie i miedziane. Niebo, ktrego ciar przygniata serca picych. Ludzie! Wida ich ciaa pokotem rzucone na zesch ziemi, jedno przy drugim, nagie i sine, niby nieskoczony szereg umarych. I nagle, jakby na jeden wielki gos rozcinajcy milczenie od wschodu do zachodu i od pnocy na poudnie, budz si wszyscy. Ale nikt nie zrywa si i nie pieszy posusznie ku wezwaniu. adne woanie mu nie odpowiada. aden szept ani ruch nie targn niewzruszonym spokojem. Piersi lecych uderzone niebem zamary. To tylko ich oczy szeroko rozwarte oddychaj mierteln trwog. Przeraeniem nie pozostawiajcym miejsca dla nadziei. - Jestem z wami! - szepce ksidz Sieche. Bo czy nie pta go niemoc ta sama, ktra wszystkim na ziemi kae w tej chwili kona, lecz nie pozwala umrze? Oto rwno, o ktrej ludzie nie chc wiedzie. Bogactwo staje si podobne achmanom ebraka, wadza kruszy si w poraonych doniach i jak prchno przesypuje przez palce. Ale gdy ranek przywrci ziemi jej kuszcy ksztat, kt z ywych wyrzeknie si dobrowolnie zudnych przywilejw? Kiedy wybije godzina sprawiedliwoci dla krzywdzonych i ponianych? Tyle dokoa chciwoci, okruciestw, tyle kamstw i jadu nienawici i pogardy, i zdaje si, e nic nie zdoa zasklepi krwawicych ran. C moe zmieni si? Tu choby, na tym drobnym skrawku sedelnickiej ziemi. Dziedzic sedelnicki nie zrzeknie si bez przymusu swoich rozlegych pl i lasw, jak drapiene kleszcze opasujcych dokoa ndzne chopskie zagrody. Grzegorz Litowka nie porzuci strczycielstwa. Zabkanej w dalekim miecie Oldze Kukiszw aden gos nie podszepnie powrotu do rodzicw. Mody Burak, kiedy wyjdzie z wizienia, znowu zacznie kra. Kierownik poczty nie zagodzi serdeczniejszym sowem cierpie umierajcej ony. Fiodor Dubrowski, nienasycony swoj modoci, z lekkim sercem porzuci po miesicu kad dziewczyn. Ile ich jeszcze przyjdzie paczcych na niego, jak przedtem przychodziy z alami na Siemiona? A Siemion, ktremu ju tak niewiele chwil pozostao do ycia... A Micha... Proboszcz zaciska donie. Gste krople potu zwilaj mu skronie. - Najlichszym z lichych jestem, Panie. Tamci nie znaj Ci, dlatego bdz. Ale mnie ukazae si, jak wicher wstrzsne mn... Dae wszystko. A c ja daj? Jake ndzny jest plon minionych lat! C uczyni dla ludzi, ktrych mu powierzono? Nigdy nie umia znale drogi do czowieka. A za to jak czsto i w jak wielu okolicznociach czu si intruzem. Tak rzadko udawao mu si przeama bolesny i upokarzajcy mur, ktry odgradza go od ludzi wtedy wanie, gdy chcia im siebie ofiarowa. A jeli, zdarzao si, odnajdywa porozumienie, czy byo ono czym wicej ni przelotnym byskiem ukazujcym zaledwie w mglistym oddaleniu, jak ogromne musi by szczcie, gdy zbudzi si zbkan dusz z letargu i oczyszczon postawi przed Panem. Przey kilka takich olnie Maz chodzil po pokoju, szarpiac wlosy na glowie obiema rekami. - Na pokaz, na pokaz... - pomrukiwal. - Co? Na pokaz...? Czekaj, dlaczego na pokaz? - Coraz bardziej mi sie wydaje, ze to nie dla ciebie i dla mnie ta maskarada, tylko dla kogos innego. Na co on ci kladl nacisk? zeby jezdzic razem do Ziemianskiego i zebys sie wyglupial w samochodzie. Cos robil w lodzi? - Nic, zlozylem zamowienie na tafte. Moglem wyslac poczta, ale kazal mi jechac i poogladac... - No widzisz. A mnie kazali latac na spacery. I robic zakupy. Ktos musial nas widziec... - Zagladal ci kto w zeby na tych spacerach? - Nie wiem. Ale debil mi patrzyl na rece... A za kazdym razem, jak jechalismy do Ziemianskiego, ktos tam sie petal. Raz taksowka z pijakiem, raz facet na motorze... Maz zatrzymal sie przy stole, wypil resztke kawy, popatrzyl na mnie roztargnionym wzrokiem i znow zaczal chodzic. - Owszem, w tym cos jest - przyznal. - Na pokaz, mozliwe, zeby wszyscy mysleli, ze jestesmy w domu. Ale to nie to, to jeszcze nie to... Tys przedtem powiedziala cos waznego i tak mi jakos zaswitalo... Nie pamietasz, co powiedzialas? - Rozmaite rzeczy. Najbardziej mnie niepokoi to, ze ukryli wzajemne powiazania... - Czekaj, czekaj... wlasnie, ze stanowia jedna spolke... Nie, nie to. Ulokowali tu nas zamiast siebie... O, wlasnie! Wladowali tu nas zamiast siebie, podstepnie i pod falszywymi pozorami! Po jaka cholere? Ten dom ma wyleciec w powietrze, czy jak? Nagla jasnosc eksplodowala mi w umysle. Zrobilo mi sie zimno w srodku i cos mnie zaczelo dlawic. - Gdzie jest paczka dla kacyka? - spytalam gwaltownie. Maz zatrzymal sie jak wryty, spojrzal na mnie i znieruchomial z pazurami we wlosach. - Lezy w moim pokoju. Bo co...? - Oni przeciez wiedzieli, ze jej nigdzie nie zaniesiemy, prawda? Zostawimy w domu. A jezeli w tej paczce jest cos... Nie mowie zaraz bomba, ale cos szkodliwego... O rany boskie, czy ja wiem, wydziela cos, promieniuje... W powietrzu powialo przerazliwa zgroza. Maz wyraznie zbladl. - Rad...? - wyszeptal ochryple. Podnioslo mnie z fotela. - Nie wiem. Moze wybuchnie i zmiecie z powierzchni ziemi cala te chalupe albo co... Robi sie takie rzeczy, chlopi podpalaja cale wsie, odszkodowanie, tu jest polisa PZU, moze im chodzi o fikcyjna smierc... Maz odzyskal zdolnosc ruchu. Nie sluchajac dalej moich apokaliptycznych przypuszczen, runal na schody, omal nie wyrywajac drzwi z zawiasow. Rzucilam sie za nim. Wpadlismy do jego pokoju i zastyglismy oparci o biurko, patrzac na lezaca na nim paczke jak na straszliwego, jadowitego gada, chwilowo pograzonego w lekkiej drzemce. Po krotkiej chwili hipnotycznego transu, tknieci nagle ta sama mysla, rownoczesnie pochylilismy sie nad biurkiem, nasluchujac w napieciu. Nic nie bylo slychac, paczka lezala niejako w milczeniu, nie wydajac z siebie zadnych dzwiekow. - Bomba powinna cykac... - wyszeptalam niepewnie. - Ciezkie to jak cholera... - odmruknal maz. Czas jakis trwalismy w bezruchu, bez slowa, byc moze myslac, chociaz nie bylo to takie pewne. Sluszniej byloby mniemac, iz proces myslenia rowniez ulegl w nas zahamowaniu. - Co robimy? - spytalam wreszcie dramatycznym szeptem. - Trzeba sie zastanowic - odszepnal niespokojnie maz. - Chyba musimy to obejrzec... - Rozpakowac...? Kiwnal glowa, tepo wpatrzony w upiorny przedmiot, i dalej trwal w bezruchu. | ||